... miętowej herbatki - Agata - specjalnie dla Ciebie :DDDDDDDDDDDD
wtorek, 10 sierpnia 2010
środa, 4 sierpnia 2010
Pipki
A dokładniej: gęsi pipki :DDDDDDDDDD
Spokojnie - w gęsich pipkach nie ma nic, absolutnie nic, nieprzyzwoitego :DDDDDDDDDDDDD
Pipek, to ..... żołądek :D W oryginale: gęsi. W mojej wariacji zwykle indyczy, bo u nas gęsich nie uświadczysz :DDDDDDDDD
Gęsie pipki, to potrawa żydowska (mój Dziadek uwielbiał jeść i często prosił Babcię o przygotowanie tej czy innej potrawy kuchni żydowskiej - uwielbiał rybę po żydowsku i bez niej nie było Wigilii), a sprowokowana zostałam lekturą bloga Oli. Nie robię wprawdzie, już od dawna czulentu, bo moja Rodzina nie cierpi pęczaku, ale nie mogę przecież rezygnować ze wszystkiego co lubię :DDDDDDD
Żeby zrobić pipki należy udać się do sklepu w celu nabycia tychże. Nie należy wszakże żądać od Pań Ekspedientek pipek, bo można zaliczyć usunięcie naszej osoby z punktu handlowego :DDDDDDDD Nabywamy kilo świeżutkich indyczych żołądków, a do kompletu kupujemy kilogram pachnącej, złotej cebuli, oraz potężny łeb czosnku. Potrzebne będą też: miód, ostre przyprawy - głównie imbir i pieprz cajeński, oraz majeranek lub tymianek. Jeśli stan zapasów kuchenych nie opiewa powyższych - należy nabyć.
W domu zakładamy fartuch, uzbrajamy się w ostry nóż i przystępujemy do dzieła dzieląc nasze żoładeczki na dwie połówki, bo zwykle są sprzedawane w postaci takich "skrzydełek". Cebulę kroimy byle jak, czosnek możemy sobie nawet zostawić w łupach, jak nam się go nie chce obierać.
Teraz rozgrzewamy w ciężkim rondlu (ja to robię w brytfance albo w żeliwnym woku) olej. W zasadzie powinien być smalec, a nawet gęsi smalec, ale jego smak jest tak bardzo charakterystyczny, że wiele osób odmówi spożycia potrawy. Na silnie rozgrzany tłuszcz wrzucamy żoładki i rumienimy je - powinny się ściąć. Teraz wrzucamy cały kilogram cebuli i rumienimy ją razem z żołądkami, a potem dorzucamy czosnek. Lubię zostawić na nim łupy: w nich jest najwięcej zapachu. Zalewamy wszystko niewielką ilością zimnej wody i solimy. Przykrywamy i dusimy długo. Bardzo długo, bo wszelkie wątpia są uparte i tylko długotrwałym szantażem termicznym jesteśmy w stanie zmusić je do zmięknięcia :DDDDDD
Po około 3 godzinach, zaglądamy do naszych pipków. Wyławiamy je z gęstego, szarobrązowego i pachnącego sosu i kroimy w mniejsze kawałeczki i wkładamy je tam na powrót. Dodajemy ciut soku z cytryny, a potem, opcjonalnie, tymianek lub majeranek. Oryginalnie jest majeranek - duuuuuuuuużo, ale ja wolę tymianek. Wkładamy pól łyżeczki miodu i masę czarnego pieprzu (lub cajeńskiego) oraz trochę imbiru. Dusimy jeszcze przez moment, a potem uzbrojeni w garnek kaszy lub ziemniaczków, kiszone ogóreczki albo inne warzywo, spożywamy nasze, długo wyczekiwane pipki, z dziką rozkoszą :DDDDD
Smacznego :DDDDDDDD
wtorek, 6 lipca 2010
Po bretońsku
Ale nie fasolka.
Tylko..... bób. (W dodatku nie wie nikt jak taka fasolka po bretońsku wygląda naprawdę :DDDD) Wszyscy znają bób gotowany z koprem, zupę z bobu. Nawet pierogi z bobem jadłam - pyszne - w Bieszczadach takie dają. Za taki najzwyklejszy: z koprem i masłem dam się pokroić i pokropić cytryną.
Ale bób po bretońsku, to wynalazek Przyjaciół moich rodziców: Wujka Konrada i Cioci Majki. Jak byłam całkiem nieduża, to michę pachnącego bobisiu przynieśli do nas, na jakąś składkową imprezę i tak mi smakował, że modliłam się żeby dorośli goście nie dali rady go zjeść :DDDDDD
Sezon na bób w pełni, więc kupujemy go świeżutki razem z pomidorkami, czosnkiem i cebulą, a potem nabywamy dobrą kiełbaskę i wędzony boczek. Przynosimy cały nabój do domu i pilnując, żeby potencjalni agresorzy (czytaj psy, koty i, błąkające się w wakacyjnej nudzie, dzieci) nie pożarli nam wędlinek, wywlekamy z czeluści szaf duży garnek.
Teraz kroimy nabyte pochodne mięsa w plastry i podsmażamy. Cebulkę, pokrojoną byle jak, złocimy w garnku i wrzucamy do niej pieprz cajeński, imbir i czosnek - dużo czosnku. Wkładamy w to mięsko i dusimy dodając bazylii, tymianku i kurkumy. Znowu dusimy kilka minut i wrzucamy bób oraz kawałek masła. Po chwili próbujemy i dodajemy (jeśli trzeba) czosnku i pieprzu. I solimy do smaku - ostrożnie, bo słone mamy już wędliny.
Po kliku minutach bób staje się mięciutki i to odpowiednia pora na wrzucenie pomidorów lub przecieru pomidorowego lub koncentratu pomidorowego - chyba z tym ostatnim lubię bób najbardziej :D Znowu dusimy, aż wszystko przejdzie sobą nawzajem i gorące, pachnące i parujące danie nakładamy sobie na talerz.
I zjadamy :DDDD
poniedziałek, 28 czerwca 2010
Pyszny obiadek
Perfidnie ściągnięty z jednej z poznańskich knajpek. Tak bardzo nam smakował, że Jerz zażądał takiego samego w domu.
Pyszny obiadek składa się z brokułów pod kołderką z beszamelu :D
W celu pożarcia tegoż należy wziąć brokuły: piękne, ciemnozielone i świeżutkie, i zblanszować je przez moment w wodzie z dodatkiem kurkumy, soli i oleju. Wyłowić, uważając na palce u stóp, bo taki poparzony brokół bywa bardzo mściwy i złośliwy, i lubi wykonać podstępny skok z łyżki durszlakowej na nasze dolne kończyny :DDDDD
Układamy nasze warzywo w brytfance, na blasze do pieczenia (jeśli chcemy nakarmić pułk wojska) lub w naczyńku żaroodpornym i wykonujemy beszamel. Ma być gęsty i uczciwy: z żółtkiem, na maśle i śmietance, bo ma być smacznie. (Odpuśćmy sobie opowieści o cholesterolu: tyle razy jadłam brokuły zamordowane w restauracjach w samym wrzątku, że nie dziwię się kiedy dzieci nie chcą ich jeść). Jeśli mam podać przepis na sos beszamelowy, to proszę pisać :D Do sosiku, w ramach uatrakcyjnienia, wkruszamy ostry ser pleśniowy - może być np. Rokpol.
Górę brokułów okraszamy pachnącymi skwareczkami z wędzonego boczku, zalewamy wszystko wspomnianym wyżej soskiem i wsuwamy do gorącego piekarnika. Czekamy aż się to to zrumieni pięknie na wierzchu i pożeramy. Nie należy atakować współbiesiadników widelcem w oko, bo tak zrobione brokuły są straszliwie sycące i może się zdarzyć, że z łakomstwa uczynimy sobie z kogoś wroga.
A jak się ktoś boi utyć, to niech cierpi - wolę być gruba i szczęśliwa :DDDDDD
wtorek, 22 czerwca 2010
Sezon ogórkowy...
… czyli krokodyle w sosie prawie własnym :DDDDDD
Krokodylami moje córki nazywają , jak w tytule, ogórki. Małosolne. Pływają takie, w mętnej zupie i śmierdzą. W dodatku mają pryszcze na plecach :DDDDD. Wedle słów mojego Męża, który kiszonek nie cierpi :DDDD I dlatego szukam nowych (mniej śmierdzących) sposobów na kiszenie, bo o ile przedziwne wonie kiszonek są znośne, o tyle jęki i marudzenie mężowskie powodują, że to mnie się humor kisi :DDDDDDDD
W tym roku postanowiłam wypróbować sposób na ogóra podpatrzony na plenerze, dwa lata temu, na Roztoczu. Jeden z kolegów takie przywiózł i były znakomite. Robione przez Teściową wspomnianego kolegi:DDDDD
Ogórki, jak wiadomo, kumplują się z ostrrrrrrrrrrrrrymi kolesiami: chrzanem (każdą jego częścią), czosnkiem, ale nie tylko. Znakomicie bawią się z też z koperkiem (najlepiej takim świeżutkim jak do młodych ziemniaczków), liśćmi winogron, wiśni lub dębu oraz jedyną kobietą w tym towarzystwie: solą :DDDDD Jak widać w samym przepisie nowości, jako takich, brak.
Wrzucamy wyżej wymienionych do PIĘCIOLITROWEJ BUTLI PO WODZIE MINERALNEJ, potrząsając nią od czasu do czasu, żeby się więcej zmieściło. Tu zrobiłam małe odstępstwo od zawsze stosowanego sposobu: nie przegotowałam wody, jak to zawsze robię, ale osoliłam wodę z filtra :DDDDD i nią zalałam zawartość butelki :DDDDD Z lenistwa - przyznaję się :DDD Nie chciało mi się czekać, aż woda ostygnie :DDDD. Wprawdzie istniało niebezpieczeństwo, że krokodyle będą niejadalne i , faktycznie zgniją, ale coż: lenistwo matką wynalazków, jak mawiał Pan Eddison :DDDD
Na koniec należy butlę zakręcić (UWAGA - lepiej nie nalewać wody „pod sam sufit”, bo takie fermentujące ogórki w zakorkowanej butelce są jak bomba, a z uwagi na wspomnianą fermentację i ilość gazów, poziom cieczy i tak się mocno podniesie) i cierpliwie czekać , aż jej zawartość zmieni kolor. Należy też pilnie strzec obiektu, najlepiej opasać go elektrycznym pastuchem i spać pod kredensem z tasakiem w ręce :DDDDD U nas jedynie groźba uszkodzeń ciała sprawia, że ogórki małosolne stają się małosolnymi, a nie kończą kariery jako na wpół surowe.
Po trzech dniach, przy dobrych wiatrach (czytaj: letnich upałach), można obiekt wrazić do wanny, lub kuchennego zlewu i odkręcić, uważając przy tym, żeby nie zostać zaatakowanym przez apoplektyczną ciecz od ogórów :DDDDDDDDD
Teraz obcinamy górę butelki i, wraz z rozanieloną rodziną, częstujemy się warzywkiem, a jeśli w środku jest jeszcze lekko zielone, to nie szkodzi: może sobie postać jeszcze dwa dni w obciętej butli. A jak rodzina już ulubioną kiszonką nasycona, to można sobie takie cudo zrobić na później.
I najważniejsze: są pyszne i nie atakują zapachem w czasie kiszenia :D
p.s.: Moje wątpliwości odnośnie przydatności wspomnianych butelek do kiszenia ogórów rozwiało mężowskie tłumaczenie: w takich samych butelkach kupujemy gazowane napoje, których poziom kwasowości prawdopodobnie przekracza poziom kwasowości przeciętnego małosolnego ogórka. Są zatem dopuszczone do kontaktu z żywnością czego i Państwu życzę :DDDDDD
p.s.: Moje wątpliwości odnośnie przydatności wspomnianych butelek do kiszenia ogórów rozwiało mężowskie tłumaczenie: w takich samych butelkach kupujemy gazowane napoje, których poziom kwasowości prawdopodobnie przekracza poziom kwasowości przeciętnego małosolnego ogórka. Są zatem dopuszczone do kontaktu z żywnością czego i Państwu życzę :DDDDDD
niedziela, 21 marca 2010
Młodzie
Wiecie co to „młodzie”?
Założę się, że nie. Przynajmniej większość nie wie, bo„młodzie”, to stara nazwa drożdży , używana głównie w Poznaniu i okolicach - dziś już całkiem zapomniana.
A jak młodzie, to musi być....... pizza :DDDDDDD
Nie znam chyba rodziny, w której przynajmniej jeden z członków nie darzyłby głębokim uczuciem tego najzwyklejszego na świecie placka, w dodatku wywodzącego się z potrzeb kulinarnych włoskiej biedoty. Zresztą najbardziej znane na świecie dania, to potrawy biednych - bo trzeba umieć sobie radzić, a zaspokojenie głodu to nie wszystko.
Pizzę zaczynamy od włączenia piekarnika do 180-200 stopni Celsjusza i zabieramy się do ciasta: pół kostki drożdży - czyli ok. 5 dag rozpuszczamy w dwóch-trzech łyżkach letniej wody. Do miski wsypujemy około 400-500 dag mąki pszennej - wszystko jedno jakiej (ja lubię krupczatkę), łyżeczkę płaską kurkumy, 6-7 łyżek oleju lub oliwy, imbir na końcu łyżeczki i szczyptę lub dwie soli. Zagniatamy fajne, elastyczne ciasto, dolewając ostrożnie letniej wody.
Potem rozwałkowujemy na duży placek i wykładamy na blachę wyłożoną papierem do pieczenia. Ja używam tej blachy, która jest zwykle w piekarniku jako wyposażenie, bo zwykła do placków jest za mała i ciasto jest za grube. Zostawiamy na jakieś pół godzinki w ciepłym miejscu i czule obserwujemy jak sobie rośnie.
Ale jak kto lubi grube, to sobie może zrobić na zwykłej blasze.
Teraz czas na sos pomidorkowy. Naciąć cienko cebuli, udusić ją na oleju, dać po drodze mielonego kminku, pieprzu cajeńskiego, czosnku ile wlezie, posolić do smaku i sowicie sypnąć bazylii. Teraz czas na pomidory: mogą być z puszki, ale najsmaczniejszy sos jest ze świeżych. Dusić, dać obficie tymianku. Popróbować, ale zostawić tyle żeby starczyło na posmarowanie pizzy - grubo :DDDD Wtedy Rodzina nie będzie kalać pizzy.......... keczupem.
Wyrośnięte, żółciutkie i pulchniutkie ciasto smarujemy pachnącym soskiem.
A teraz hulaj dusza - piekła nie ma! Kładziemy co lubimy, ale przesada w ilości wskazana nie jest - lepiej upiec sobie dwie różne pizze, niż jedna załadować nadmiarem składników. Oosby bywałe w zamorskich krainach donoszą, że prawdziwa pizza zwykle ma ograniczoną do 3-4 ilość dodatków.
U nas ulubione i najczęstsze dodatki, to:
podsmażone, cienko pokrojone wędliny i wędzony boczek,
zblanszowane brokuły,
marynowany zielony pieprz,
oliwki,
sery pleśniowe - różne - zależy od tego co się znajdzie w lodówce,
szparagi,
ser mozarella,
podsmażona cebulka,
suszone pomidorki,
wszelkie przyprawy: tymianek, bazylia, pieprze - co kto lubi.
A na koniec można jeszcze przykryć wszystko plastrami żółtego sera - jak dajemy te pleśniowe albo mozarellę, to już w sumie nie trzeba.
Wsuwamy do piekarnika i pieczemy do skutku. Skutek w moim przypadku (psujący się piec) oznacza zaczynający się rumienić na wierzchu ser.
Postawić pizzę, przed uzbrojoną w noże i widelce, Rodziną i także szybko siąść do stołu :DDDDD Jeść, jęczeć z rozkoszy i brać dokładkę :DDDD
Smacznego :DDDD
Założę się, że nie. Przynajmniej większość nie wie, bo„młodzie”, to stara nazwa drożdży , używana głównie w Poznaniu i okolicach - dziś już całkiem zapomniana.
A jak młodzie, to musi być....... pizza :DDDDDDD
Nie znam chyba rodziny, w której przynajmniej jeden z członków nie darzyłby głębokim uczuciem tego najzwyklejszego na świecie placka, w dodatku wywodzącego się z potrzeb kulinarnych włoskiej biedoty. Zresztą najbardziej znane na świecie dania, to potrawy biednych - bo trzeba umieć sobie radzić, a zaspokojenie głodu to nie wszystko.
Pizzę zaczynamy od włączenia piekarnika do 180-200 stopni Celsjusza i zabieramy się do ciasta: pół kostki drożdży - czyli ok. 5 dag rozpuszczamy w dwóch-trzech łyżkach letniej wody. Do miski wsypujemy około 400-500 dag mąki pszennej - wszystko jedno jakiej (ja lubię krupczatkę), łyżeczkę płaską kurkumy, 6-7 łyżek oleju lub oliwy, imbir na końcu łyżeczki i szczyptę lub dwie soli. Zagniatamy fajne, elastyczne ciasto, dolewając ostrożnie letniej wody.
Potem rozwałkowujemy na duży placek i wykładamy na blachę wyłożoną papierem do pieczenia. Ja używam tej blachy, która jest zwykle w piekarniku jako wyposażenie, bo zwykła do placków jest za mała i ciasto jest za grube. Zostawiamy na jakieś pół godzinki w ciepłym miejscu i czule obserwujemy jak sobie rośnie.
Ale jak kto lubi grube, to sobie może zrobić na zwykłej blasze.
Teraz czas na sos pomidorkowy. Naciąć cienko cebuli, udusić ją na oleju, dać po drodze mielonego kminku, pieprzu cajeńskiego, czosnku ile wlezie, posolić do smaku i sowicie sypnąć bazylii. Teraz czas na pomidory: mogą być z puszki, ale najsmaczniejszy sos jest ze świeżych. Dusić, dać obficie tymianku. Popróbować, ale zostawić tyle żeby starczyło na posmarowanie pizzy - grubo :DDDD Wtedy Rodzina nie będzie kalać pizzy.......... keczupem.
Wyrośnięte, żółciutkie i pulchniutkie ciasto smarujemy pachnącym soskiem.
A teraz hulaj dusza - piekła nie ma! Kładziemy co lubimy, ale przesada w ilości wskazana nie jest - lepiej upiec sobie dwie różne pizze, niż jedna załadować nadmiarem składników. Oosby bywałe w zamorskich krainach donoszą, że prawdziwa pizza zwykle ma ograniczoną do 3-4 ilość dodatków.
U nas ulubione i najczęstsze dodatki, to:
podsmażone, cienko pokrojone wędliny i wędzony boczek,
zblanszowane brokuły,
marynowany zielony pieprz,
oliwki,
sery pleśniowe - różne - zależy od tego co się znajdzie w lodówce,
szparagi,
ser mozarella,
podsmażona cebulka,
suszone pomidorki,
wszelkie przyprawy: tymianek, bazylia, pieprze - co kto lubi.
A na koniec można jeszcze przykryć wszystko plastrami żółtego sera - jak dajemy te pleśniowe albo mozarellę, to już w sumie nie trzeba.
Wsuwamy do piekarnika i pieczemy do skutku. Skutek w moim przypadku (psujący się piec) oznacza zaczynający się rumienić na wierzchu ser.
Postawić pizzę, przed uzbrojoną w noże i widelce, Rodziną i także szybko siąść do stołu :DDDDD Jeść, jęczeć z rozkoszy i brać dokładkę :DDDD
Smacznego :DDDD
środa, 19 sierpnia 2009
Na upał
Zaniedbałam tego bloga haniebnie.
Więc żeby się zrehabilitować i zreanimować to miejsce podaję niezwykle wręcz skomplkowany przepis na orzeźwienie :D
Wstawić wodę w czajniku i pójśc do ogrodu. Zerwać pęczek liści mięty i wykonać szybki odwrót do domu, bo czajnik już gwiżdże :D Włożyć miętę do dzbanka - koniecznie szklanego i przejrzystego, co ma niebagatelne znaczenie estetyczne :D Zalać zioła wrzątkiem i przykryć spodeczkiem.
Jak napar nieco przestygnie (można z niego wywlec zielsko, ale nie trzeba) dosłodzić go, albo i nie :D łyżką miodu. Można dodac troche soku z cytryny, albo i nie :D i pić lekko ciepłe - nie ma lepszego sposobu na upał :D
Więc żeby się zrehabilitować i zreanimować to miejsce podaję niezwykle wręcz skomplkowany przepis na orzeźwienie :D
Wstawić wodę w czajniku i pójśc do ogrodu. Zerwać pęczek liści mięty i wykonać szybki odwrót do domu, bo czajnik już gwiżdże :D Włożyć miętę do dzbanka - koniecznie szklanego i przejrzystego, co ma niebagatelne znaczenie estetyczne :D Zalać zioła wrzątkiem i przykryć spodeczkiem.
Jak napar nieco przestygnie (można z niego wywlec zielsko, ale nie trzeba) dosłodzić go, albo i nie :D łyżką miodu. Można dodac troche soku z cytryny, albo i nie :D i pić lekko ciepłe - nie ma lepszego sposobu na upał :D
piątek, 26 czerwca 2009
Ciasteczka Kasi - PYYYYYYYYYSZNE
W czasie plenerów słodyczami dokarmia nas Kasia G. Poniższe kruche ciasteczka są fenomenalne i nawet ja, choć ze słodyczy najbarzdziej lubię pieczony boczek :DDD, pożerałam je łakomie.
Kasiu - dziekuje za przepis - w życiu nie wpadłabym na pomysł z mąką bezglutenową.
Poniżej oryginalny list Kasi:
Kasiu,
przeczytałam sagę o kindziuku i sie załamałam - ja nic tak pięknego nie wymyślę! :( W dodatku wszystkie ciasteczka spałaszowane - nie ma co fotografować :( chyba, ze Ty upieczesz - i i pokażesz jak TO wygląda, a może wyglądać jak kto woli - albo w postaci pokrojonych kawałków ciasta jak to było na plenerze, albo w postaci kwiatków, serduszek lub innych kształtów wedle foremek do pierniczków jakie znajdzie sie w szafce :)).
A przepis jest takowy:
400 g mąki (chociaż najlepiej wychodzi, kiedy pół na pół zmiesza się z mąką bezglutenową - są bardziej delikatne)
275 g miękkiego masła
150 g cukru - pudru
szczypta soli
Najpierw miesza sie mąkę, masło i sól, a na koniec dodaje cukier-puder (chociaż nie wiem czemu - ja zazwyczaj mieszam wszystko naraz ;))
Ciasto można rozwałkować pomiędzy dwoma kawałkami papieru do pieczenia na placek o grubości ok. 1cm lub trochę mniej... i albo od razu powycinać odpowiednie kształty, albo najpierw wstawić do piekarnika (piec oczywiście na owym papierze do pieczenia) nagrzanego na 200 stopni na ok. 20 minut (jeśli jest zmieszane z bezglutenową mąką to odpowiednio krócej, ok. 14 minut), a wyciąć kształty (lub pociąć na prostokąty) zaraz po wyciągnięciu z piekarnika. Wtedy tez należy owe ciasteczka lekko posypać cukrem - najlepiej trzcinowym :)
A potem... potem chyba zostaje jedynie albo je albo zjeść od razu albo poczęstować przyjaciół, albo schować do puszki i cieszyć się, że ma się w domu coś smacznego :)
Prawda, że przepis prościutki? Warto spróbować - żadne sklepowe ciacha nie mogą się równać z tymi kasinymi.
Dziękuję Kasiu :)
Kasiu - dziekuje za przepis - w życiu nie wpadłabym na pomysł z mąką bezglutenową.
Poniżej oryginalny list Kasi:
Kasiu,
przeczytałam sagę o kindziuku i sie załamałam - ja nic tak pięknego nie wymyślę! :( W dodatku wszystkie ciasteczka spałaszowane - nie ma co fotografować :( chyba, ze Ty upieczesz - i i pokażesz jak TO wygląda, a może wyglądać jak kto woli - albo w postaci pokrojonych kawałków ciasta jak to było na plenerze, albo w postaci kwiatków, serduszek lub innych kształtów wedle foremek do pierniczków jakie znajdzie sie w szafce :)).
A przepis jest takowy:
400 g mąki (chociaż najlepiej wychodzi, kiedy pół na pół zmiesza się z mąką bezglutenową - są bardziej delikatne)
275 g miękkiego masła
150 g cukru - pudru
szczypta soli
Najpierw miesza sie mąkę, masło i sól, a na koniec dodaje cukier-puder (chociaż nie wiem czemu - ja zazwyczaj mieszam wszystko naraz ;))
Ciasto można rozwałkować pomiędzy dwoma kawałkami papieru do pieczenia na placek o grubości ok. 1cm lub trochę mniej... i albo od razu powycinać odpowiednie kształty, albo najpierw wstawić do piekarnika (piec oczywiście na owym papierze do pieczenia) nagrzanego na 200 stopni na ok. 20 minut (jeśli jest zmieszane z bezglutenową mąką to odpowiednio krócej, ok. 14 minut), a wyciąć kształty (lub pociąć na prostokąty) zaraz po wyciągnięciu z piekarnika. Wtedy tez należy owe ciasteczka lekko posypać cukrem - najlepiej trzcinowym :)
A potem... potem chyba zostaje jedynie albo je albo zjeść od razu albo poczęstować przyjaciół, albo schować do puszki i cieszyć się, że ma się w domu coś smacznego :)
Prawda, że przepis prościutki? Warto spróbować - żadne sklepowe ciacha nie mogą się równać z tymi kasinymi.
Dziękuję Kasiu :)
Żur lubelski
Hm - znalazłam wpis w necie, którego dokonałam SIEDEM LAT TEMU na Czarnej Oliwce.
Poniżej wpis w postaci prawie niezmienionej :)
Ten żur, to żur taki jaki gotowała moja Babcia - nieco tylko przeze mnie zmieniony. Typowo jesienno-zimowa zupa: rozgrzewająca, sycąca i na długo wypełniająca żołądek. Ja przyprawiam ja mocno: jest pachnąca i pyyyyszna, zwłaszcza z okraszonymi, skwareczkami i cebulka, ziemniakami i jajkiem na twardo. Pożera ja nawet moja najmłodsza, roczna córka - im ostrzejszy tym lepszy, a czosnku nigdy za wiele.
Składniki:
- żur (może byc gotowy, kwaszony, do nabycia w sklepie spożywczym),
- włoszczyzna, czyli marchewka lub dwie, pietrucha, kawalek selera, cebula (tej może być więcej), czosnku cala masa i opcjonalnie (tzn. "albo" lub "wszystko razem"),
- podwędzane kawalki kielbasy,
- boczek wędzony,
- wędzone gnaty od schabu, itd.
Do tego przyprawy:
- pieprze najrozmaitsze, - imbir,
- majeranek,
- kminek,
- tymianek itd.
Jak przyrządzić?
Weź duuuuuży garnek (bo jak Rodzina zur i czosnek lubi, to maly bedzie za maly), zagotuj w nim wode. Gdy zacznie wrzec wrzuc szczypte tymianku, kminku, lyzeczke imbiru, a potem gnaty, kielbasy (pokrojone w kawalki)albo co tam znajdziesz w lodowce smakowitego. Gotuj do miekkosci, a potem dodaj obrana i starta na tarce z duzymi oczkami lub drobno pokrojona wloszczyzne. Przypraw ostrymi przyprawami tzn. pieprzem cayenne, czarnym, imbirem. Przecisnij czosnku tyle ile lubisz w zupie, a potem mocno zminejsz gaz i wlej zur. Posol i nasyp majeranku. Chwileczke jeszcze potrzymaj na ogniu i podawaj np. z ziemniaczkami.
Potrzebne przybory:
Duży gar - to najwazniejsze.
Jak podawać?
Dowolność ogromna: ja kładę po jaju na twardo na talerzu lub misce, daję łyżkę kwaśnej śmietany i łyżkę dobrego chcrzanu, zalewam goracą zupą i stawiam koedukacyjną michę z ziemniakami.
Poniżej wpis w postaci prawie niezmienionej :)
Ten żur, to żur taki jaki gotowała moja Babcia - nieco tylko przeze mnie zmieniony. Typowo jesienno-zimowa zupa: rozgrzewająca, sycąca i na długo wypełniająca żołądek. Ja przyprawiam ja mocno: jest pachnąca i pyyyyszna, zwłaszcza z okraszonymi, skwareczkami i cebulka, ziemniakami i jajkiem na twardo. Pożera ja nawet moja najmłodsza, roczna córka - im ostrzejszy tym lepszy, a czosnku nigdy za wiele.
Składniki:
- żur (może byc gotowy, kwaszony, do nabycia w sklepie spożywczym),
- włoszczyzna, czyli marchewka lub dwie, pietrucha, kawalek selera, cebula (tej może być więcej), czosnku cala masa i opcjonalnie (tzn. "albo" lub "wszystko razem"),
- podwędzane kawalki kielbasy,
- boczek wędzony,
- wędzone gnaty od schabu, itd.
Do tego przyprawy:
- pieprze najrozmaitsze, - imbir,
- majeranek,
- kminek,
- tymianek itd.
Jak przyrządzić?
Weź duuuuuży garnek (bo jak Rodzina zur i czosnek lubi, to maly bedzie za maly), zagotuj w nim wode. Gdy zacznie wrzec wrzuc szczypte tymianku, kminku, lyzeczke imbiru, a potem gnaty, kielbasy (pokrojone w kawalki)albo co tam znajdziesz w lodowce smakowitego. Gotuj do miekkosci, a potem dodaj obrana i starta na tarce z duzymi oczkami lub drobno pokrojona wloszczyzne. Przypraw ostrymi przyprawami tzn. pieprzem cayenne, czarnym, imbirem. Przecisnij czosnku tyle ile lubisz w zupie, a potem mocno zminejsz gaz i wlej zur. Posol i nasyp majeranku. Chwileczke jeszcze potrzymaj na ogniu i podawaj np. z ziemniaczkami.
Potrzebne przybory:
Duży gar - to najwazniejsze.
Jak podawać?
Dowolność ogromna: ja kładę po jaju na twardo na talerzu lub misce, daję łyżkę kwaśnej śmietany i łyżkę dobrego chcrzanu, zalewam goracą zupą i stawiam koedukacyjną michę z ziemniakami.
środa, 10 czerwca 2009
Powtórka z Suwalszczyzny czyli Soczewiaki
Nie samym kindżukiem człowiek żyje.
Przekonałam się o tym zaraz po przyjeździe do Tartaku, gdzie Beata i Tomek zorganizowali plener. Przyjechaliśmy, znaleźliśmy współplenerowiczów:D, oklepaliśmy sobie nawzajem plecki (było co klepać - na dzień dobry jakieś pietnaście osób :D) i ruszyliśmy do stołu.
A na stole były właśnie soczewiaki Pani Małgosi. Pachnące, gorące, oblane soskiem grzybowym - normalnie ....... soczewiaki :D W życiu nie jadłam tych kluch, a szkoda - są znakomite i robi się je prosto, choć nie da się ukryć, że są czasochłonne.
Do soczewiaków należy przygotować ciasto jak na kopytka, ale bez mąki ziemniaczanej. Odcinać kawałki dużo większe niż na kopytka, robić z nich takie nie za cienkie placuszki, składać na pół i nadziewać ugotowaną na gęsto soczewicą.
Soczewicę gotuje się łatwo i szybko. Do soczewiaków lepsza jest zielona. Nie ma żadnego namaczania w nieskończoność, bo zalana zimną wodą, gotuje się błyskawicznie. Wkładamy do niej dużo smażonej cebulki i skwareczek. Gotuje się, a właściwie dusi, to wszystko razem na bardzo gęsto i dodaje ulubione przyprawy. Ostrożnie - łatwo przesolić.
Uwaga! Soczewica gotowana jako nadzienie, lubi się przypalić! Trzeba pilnować i często mieszać! Doświadczyłam smaku przypalonej zupy z soczewicy, bo Najstarsza Świnka kocha tę zupę namiętnie i lubi ją gotować. I robi to zazwyczaj znakomicie.
Teraz, jak już mamy władowany farsz do ciasta, smażymy krokiety na oleju na rumiano, a potem wkładamy do gorącego piekarnika, żeby doszły. My dostaliśmy je z sosem grzybowym, ale sobie myślę, że może być też z innymi sosami np. pomidorowym :), oraz surówką z kwaszonej kapusty.
Polecam - obżarłam się i gdyby nie skończyło mi się miejsce w żoładku prosiłabym o repetę :D
Przekonałam się o tym zaraz po przyjeździe do Tartaku, gdzie Beata i Tomek zorganizowali plener. Przyjechaliśmy, znaleźliśmy współplenerowiczów:D, oklepaliśmy sobie nawzajem plecki (było co klepać - na dzień dobry jakieś pietnaście osób :D) i ruszyliśmy do stołu.
A na stole były właśnie soczewiaki Pani Małgosi. Pachnące, gorące, oblane soskiem grzybowym - normalnie ....... soczewiaki :D W życiu nie jadłam tych kluch, a szkoda - są znakomite i robi się je prosto, choć nie da się ukryć, że są czasochłonne.
Do soczewiaków należy przygotować ciasto jak na kopytka, ale bez mąki ziemniaczanej. Odcinać kawałki dużo większe niż na kopytka, robić z nich takie nie za cienkie placuszki, składać na pół i nadziewać ugotowaną na gęsto soczewicą.
Soczewicę gotuje się łatwo i szybko. Do soczewiaków lepsza jest zielona. Nie ma żadnego namaczania w nieskończoność, bo zalana zimną wodą, gotuje się błyskawicznie. Wkładamy do niej dużo smażonej cebulki i skwareczek. Gotuje się, a właściwie dusi, to wszystko razem na bardzo gęsto i dodaje ulubione przyprawy. Ostrożnie - łatwo przesolić.
Uwaga! Soczewica gotowana jako nadzienie, lubi się przypalić! Trzeba pilnować i często mieszać! Doświadczyłam smaku przypalonej zupy z soczewicy, bo Najstarsza Świnka kocha tę zupę namiętnie i lubi ją gotować. I robi to zazwyczaj znakomicie.
Teraz, jak już mamy władowany farsz do ciasta, smażymy krokiety na oleju na rumiano, a potem wkładamy do gorącego piekarnika, żeby doszły. My dostaliśmy je z sosem grzybowym, ale sobie myślę, że może być też z innymi sosami np. pomidorowym :), oraz surówką z kwaszonej kapusty.
Polecam - obżarłam się i gdyby nie skończyło mi się miejsce w żoładku prosiłabym o repetę :D
wtorek, 9 czerwca 2009
Kindżuk a la Wolf
W ostatni weekend pojechaliśmy na plener. Jakżeby inaczej.
Zorganizowali go fantastycznie nasi Grupowi Przyjaciele z Płocka: Beata i Tomek :) , w okolicach Suwałk, tuż nad Jeziorem Wigry.
Nie będę pisać co robiliśmy poza jedzeniem :D Pogoda była w kratkę, więc moja uwaga była skupiona głównie na łasowaniu :D Obiady graniczyły z rozpustą (później napiszę jak robi się soczewiaki), a wieczory upływały na oglądaniu zdjęć z dawniejszych plenerów i nieprzyzwoitym obżeraniu się specjałami przygotowanymi przez naszą gospodynię - Panią Małgosię. Pochłanialiśmy kartacze, babki ziemniaczane, pachnący pyszny smalec, pieczony boczuś i oczywiście tytułowy kindżuk.
Kawał takiego najprawdziwszego kindżuka (ludzieeeeee - ale to jest doooooooobre) przywiózł Wolf, mieszkający pod Suwałkami. (Wolf jest Foto - Przyrodnikiem w każdym calu: zawodowo i z miłości. :)) Rozjaśnił też większości z nas, co to ten legendarny kindżuk i jak go przygotowywano.
Poniżej zebrane i przysłane przez Wolfa informacje i zdjęcia specjału (swoją drogą, to dzielny jest - gdybym ja miała robić te zdjęcia, mięso znalazłoby sie w poważnym niebezpieczeństwie i mogłoby nie dotrwać do końca sesji :DDDDD)
„Zrobiłem wywiad środowiskowy wśród tubylców, a nawet i tambylców. Co do nazwy - są stosowane zamiennie, w zależności od lokalizacji. Może być Kindżuk i Kińdziuk. Zapis to pewnie i tak jakaś transkrypcja z języka obcego, zapewne litewskiego, a i w brzmieniu słowo wydaje się być raczej również i nie litewskiego pochodzenia, być może przywędrowało z jakimiś inszymi ludami? Możliwe ze z Tatarami, bo trochę się tu i po okolicy, wieki temu, szwendali ;-).
A co do przepisu - mam informacje z 2 wiarygodnych zródeł.
Najpierw uwaga wstępna. Pono jakiś spec od kuchni z telewizornego programu twierdził, że kindżuki robi się z wołowiny, a ze świniny to profanacja. Koleżanka z pracy, której babcia kindżuki robiła, mówi że jak żyje, nie pamięta żadnego kindżuka z wołowiny, bo od dawien dawna w regionie jadało się świnie, a nie krowy - krowy były mlekodajne żywicielki i raczej nie traktowano ich jako źródła mięsa. Może prędzej z cielęciny, ale to raczej rzadkość.
Uwaga druga - przyrównywanie kindżuka do salcesonu jest obrazą Majestatu Kindżuka, i każdy kto tak go porówna, powinien zostać wychłostany! Salceson robiło się z odpadków, a do wyrobu kindziuka zawsze używało się najlepszego mięsa!!!
I teraz przepis - do wymytego świńskiego żołądka upychało się grubo posiekane kawałki mięsa, chudego i tłustego, kawałki słoniny. Należało to bardzo ściśle ubić w środku, zasypując dużą ilością aromatycznych ziół i mocno soląc. Po zapakowaniu całości kindżuki poddawano specyficznej obróbce: ni to suszenia, ni to wędzenia w zimnym dymie. W zależności od lokalnych tradycji kindżuki były wieszane pod powalą, w miejscach gdzie gromadził sie dym, lub też z boku szybu kominowego było zrobione coś w rodzaju szafki, polaczonej z kominem tak żeby dostawało się tam ciepło i trochę dymu. Proces byl długotrwały, wędzenie mogło trwać kilka dni. Jeśli źle była dobrana temperatura i ilość dymu zdażało się, że w kindżukach pojawiały się larwy much... Dlatego też ten fragment wytwarzania kindżuka wymagał doświadczenia w dobraniu odpowiednich warunków termiczno-dymowych. W podobny sposób wędzono tutaj też sery, często razem z kindżukami.”
Wolf-5
Wolfie - WIELKIE DZIĘKI :)Zorganizowali go fantastycznie nasi Grupowi Przyjaciele z Płocka: Beata i Tomek :) , w okolicach Suwałk, tuż nad Jeziorem Wigry.
Nie będę pisać co robiliśmy poza jedzeniem :D Pogoda była w kratkę, więc moja uwaga była skupiona głównie na łasowaniu :D Obiady graniczyły z rozpustą (później napiszę jak robi się soczewiaki), a wieczory upływały na oglądaniu zdjęć z dawniejszych plenerów i nieprzyzwoitym obżeraniu się specjałami przygotowanymi przez naszą gospodynię - Panią Małgosię. Pochłanialiśmy kartacze, babki ziemniaczane, pachnący pyszny smalec, pieczony boczuś i oczywiście tytułowy kindżuk.
Kawał takiego najprawdziwszego kindżuka (ludzieeeeee - ale to jest doooooooobre) przywiózł Wolf, mieszkający pod Suwałkami. (Wolf jest Foto - Przyrodnikiem w każdym calu: zawodowo i z miłości. :)) Rozjaśnił też większości z nas, co to ten legendarny kindżuk i jak go przygotowywano.
Poniżej zebrane i przysłane przez Wolfa informacje i zdjęcia specjału (swoją drogą, to dzielny jest - gdybym ja miała robić te zdjęcia, mięso znalazłoby sie w poważnym niebezpieczeństwie i mogłoby nie dotrwać do końca sesji :DDDDD)
„Zrobiłem wywiad środowiskowy wśród tubylców, a nawet i tambylców. Co do nazwy - są stosowane zamiennie, w zależności od lokalizacji. Może być Kindżuk i Kińdziuk. Zapis to pewnie i tak jakaś transkrypcja z języka obcego, zapewne litewskiego, a i w brzmieniu słowo wydaje się być raczej również i nie litewskiego pochodzenia, być może przywędrowało z jakimiś inszymi ludami? Możliwe ze z Tatarami, bo trochę się tu i po okolicy, wieki temu, szwendali ;-).
A co do przepisu - mam informacje z 2 wiarygodnych zródeł.
Najpierw uwaga wstępna. Pono jakiś spec od kuchni z telewizornego programu twierdził, że kindżuki robi się z wołowiny, a ze świniny to profanacja. Koleżanka z pracy, której babcia kindżuki robiła, mówi że jak żyje, nie pamięta żadnego kindżuka z wołowiny, bo od dawien dawna w regionie jadało się świnie, a nie krowy - krowy były mlekodajne żywicielki i raczej nie traktowano ich jako źródła mięsa. Może prędzej z cielęciny, ale to raczej rzadkość.
Uwaga druga - przyrównywanie kindżuka do salcesonu jest obrazą Majestatu Kindżuka, i każdy kto tak go porówna, powinien zostać wychłostany! Salceson robiło się z odpadków, a do wyrobu kindziuka zawsze używało się najlepszego mięsa!!!
I teraz przepis - do wymytego świńskiego żołądka upychało się grubo posiekane kawałki mięsa, chudego i tłustego, kawałki słoniny. Należało to bardzo ściśle ubić w środku, zasypując dużą ilością aromatycznych ziół i mocno soląc. Po zapakowaniu całości kindżuki poddawano specyficznej obróbce: ni to suszenia, ni to wędzenia w zimnym dymie. W zależności od lokalnych tradycji kindżuki były wieszane pod powalą, w miejscach gdzie gromadził sie dym, lub też z boku szybu kominowego było zrobione coś w rodzaju szafki, polaczonej z kominem tak żeby dostawało się tam ciepło i trochę dymu. Proces byl długotrwały, wędzenie mogło trwać kilka dni. Jeśli źle była dobrana temperatura i ilość dymu zdażało się, że w kindżukach pojawiały się larwy much... Dlatego też ten fragment wytwarzania kindżuka wymagał doświadczenia w dobraniu odpowiednich warunków termiczno-dymowych. W podobny sposób wędzono tutaj też sery, często razem z kindżukami.”
Wolf-5
wtorek, 2 czerwca 2009
Rozpustne wspomnienie PRL- u...
.... czyli BLOK CZEKOLADOWY.
Cudowne wspomnienie dzieciństwa, kiedy wszystko było reglamentowane (cokolwiek to znaczyło) i wszystko było na kartki. Również, niemal wszystkie, składniki wspomnianego bloku. Jak ktoś miał szczęście i rodzinę na wsi, to w bloku znajdowało się też orzechy: włoskie i laskowe.
Wykonywanie tego rarytasu należało do mnie i doprowadzało moją Mamę do pasji szewskiej, bo skamieniałe resztki bloku nie chciały za skarby świata opuścić garnka. W dodatku z lodówki znikało kartkowe masło, kakao, mleko w proszku (którego nikt w domu nie jadł, ale jakimś dziwnym trafem znajdowało się w szafce na zlewem). Na szczęście orzechy od Dziadka Tadeusza nie były na kartki i rosły sobie radośnie i w dużych ilościach i nikt mi nie ograniczał spożycia tychże :D
Na plenerze w Suścu, w ubiegłym roku, przypomniała mi go Małgosia :) Poniżej składniki i przepis :
- mleko w proszku 500 gramów (może być takie w niebieskiej paczuszce - wtedy blok będzie oryginalny: twardy jak nieszczęście i można nim dokonać uszkodzeń ciała, albo takie dla niemowląt od 2 miesiąca życia, wzbogacone żelazem - wtedy blok jest miękki - chyba wole taki właśnie)
- kostka masła
- pół szklanki wody lub mleka
- łyżek kakao 2 do 6 - zależy o jakiej mocy ma być blok
- 2 szklanki cukru
- herbatniki (2 paczki np. takich z miodem i mlekiem)
- po całej paczce orzechów włoskich, laskowych i migdałów - to wersja grzeszna i rozpustna :D
Należy zagotować wodę lub mleko, rozpuścić w nim masło, kakao i cukier. Przestudzić, bo jak się tego nie zrobi, to powstaną kluchy z mleka w proszku. W sumie mogą sobie być te kluchy :) - tworzą ładny, marmurowy deseń :D Więc teraz to mleko w proszku wsypujemy do przestudzonej mazi na bazie mleka, wsypujemy rozkruszone na grube kawałki herbatniki i cały wspomniany nabój z byle jak posiekanych orzechów orzechów.
Moje córki - Trzy Świnki - żądają teraz bloku co najmniej raz w tygodniu. Stwierdziły, że wcale te karki nie były takie złe skoro zmuszały do robienia rzeczy tak pysznych jak powyższy blok :D
P.S.: Średnia Świnka poprosiła Nano Świnkę o wykonanie bloku w celu pozyskania oceny w szkole (dziateczki otrzymują cenę od Pana od Historii za przytarganie i okazanie w nienudny sposób widm PRL- u - jeden z kolegów Świnki pofatygował sie do szkólki z ........ Franią :DDDD).
Świnki otrzymały za blok i opowieść o tymże piątkę :DDDDDDD Ja dostałam garnek do zmywania i refleksję o mojej wkurzonej Mamie. Mamo - przepraszam za te garnki po czekoladzie - już wiem dlaczego sie tak wściekałaś :DDDDDDDDDD
Cudowne wspomnienie dzieciństwa, kiedy wszystko było reglamentowane (cokolwiek to znaczyło) i wszystko było na kartki. Również, niemal wszystkie, składniki wspomnianego bloku. Jak ktoś miał szczęście i rodzinę na wsi, to w bloku znajdowało się też orzechy: włoskie i laskowe.
Wykonywanie tego rarytasu należało do mnie i doprowadzało moją Mamę do pasji szewskiej, bo skamieniałe resztki bloku nie chciały za skarby świata opuścić garnka. W dodatku z lodówki znikało kartkowe masło, kakao, mleko w proszku (którego nikt w domu nie jadł, ale jakimś dziwnym trafem znajdowało się w szafce na zlewem). Na szczęście orzechy od Dziadka Tadeusza nie były na kartki i rosły sobie radośnie i w dużych ilościach i nikt mi nie ograniczał spożycia tychże :D
Na plenerze w Suścu, w ubiegłym roku, przypomniała mi go Małgosia :) Poniżej składniki i przepis :
- mleko w proszku 500 gramów (może być takie w niebieskiej paczuszce - wtedy blok będzie oryginalny: twardy jak nieszczęście i można nim dokonać uszkodzeń ciała, albo takie dla niemowląt od 2 miesiąca życia, wzbogacone żelazem - wtedy blok jest miękki - chyba wole taki właśnie)
- kostka masła
- pół szklanki wody lub mleka
- łyżek kakao 2 do 6 - zależy o jakiej mocy ma być blok
- 2 szklanki cukru
- herbatniki (2 paczki np. takich z miodem i mlekiem)
- po całej paczce orzechów włoskich, laskowych i migdałów - to wersja grzeszna i rozpustna :D
Należy zagotować wodę lub mleko, rozpuścić w nim masło, kakao i cukier. Przestudzić, bo jak się tego nie zrobi, to powstaną kluchy z mleka w proszku. W sumie mogą sobie być te kluchy :) - tworzą ładny, marmurowy deseń :D Więc teraz to mleko w proszku wsypujemy do przestudzonej mazi na bazie mleka, wsypujemy rozkruszone na grube kawałki herbatniki i cały wspomniany nabój z byle jak posiekanych orzechów orzechów.
Moje córki - Trzy Świnki - żądają teraz bloku co najmniej raz w tygodniu. Stwierdziły, że wcale te karki nie były takie złe skoro zmuszały do robienia rzeczy tak pysznych jak powyższy blok :D
P.S.: Średnia Świnka poprosiła Nano Świnkę o wykonanie bloku w celu pozyskania oceny w szkole (dziateczki otrzymują cenę od Pana od Historii za przytarganie i okazanie w nienudny sposób widm PRL- u - jeden z kolegów Świnki pofatygował sie do szkólki z ........ Franią :DDDD).
Świnki otrzymały za blok i opowieść o tymże piątkę :DDDDDDD Ja dostałam garnek do zmywania i refleksję o mojej wkurzonej Mamie. Mamo - przepraszam za te garnki po czekoladzie - już wiem dlaczego sie tak wściekałaś :DDDDDDDDDD
Subskrybuj:
Posty (Atom)



